Co to jest sekcja 230?

Co to jest sekcja 230?

Jedni nazywają to najważniejszym prawem chroniącym wolność wypowiedzi w internecie a inni narzędziem wykorzystywanym przez firmy big-tech do cenzurowania Internetu. Co to jest sekcja 230?

Sekcja 230 jest przepisem amerykańskiej Ustawy o przyzwoitości komunikacyjnej (The Communications Decency Act) z 1996 roku. Jej najważniejszy fragment mówi:

Żaden dostawca ani użytkownik interaktywnej usługi komputerowej nie może być traktowany jako wydawca lub autor jakichkolwiek informacji dostarczonych przez użytkownika usługi.

Kluczowe znaczenie w zapisie ma słowo „wydawca”. Wydawca to osoba lub instytucja, za której pieniądze przygotowywane, opracowywane, a następnie drukowane jest czasopismo, książka, lub publikowana podobna rzecz, jak na przykład komercyjny portal internetowy (Wikipedia). Oznacza to, że wydawca jest odpowiedzialny za publikowane przez siebie treści. Redakcja gazety świadomie dobiera artykuły i musi liczyć się z konsekwencjami publikowania nieprawdziwych i oszczerczych informacji, a osoba pomówiona możecie żądać zadośćuczynienia nie tylko od autora artykułu, ale i wydawcy gazety. Jednak internet działa w zupełnie inny sposób. Treści na większości portali społecznościowych, forach internetowych, czy serwisach agregacyjnych dostarczane są przez użytkowników i mówimy tu o milionach wpisów dziennie. Gdyby platformy internetowe miały odpowiadać za każdy wpis każdego użytkownika, zdecydowanie spowolniłoby to, lub całkowicie zatrzymało rozwój internetu. Sekcja 230 powstała jako odpowiedź na te obawy.

Historia powstania sekcji 230

Aby wyjaśnić genezę sekcji, musimy się cofnąć w czasie aż do roku 1991. CompuServe był jednym z pierwszych i bez wątpienia największych dostawców internetu w latach 80. W roku 1991 CompuServe został pozwany do sądu przez firmę Cubby, Inc. Prawnicy reprezentujący Cubby twierdzili, że na platformie należące do CompuServe ukazał się oszczerczy względem reprezentowanej przez nich firmy artykuł. Podczas rozprawy CompuServe nie próbowało bronić zawartości opublikowanego artykułu. Zamiast tego prawnicy dowodzili, że ich platforma nie wiedziała nic o treści artykułu, ponieważ CompuServe nigdy nie moderowało wpisów ani nie nie weryfikowało ich treści. Sąd przychylił się do opinii CompuServe.

Druga sprawa, która przyczyniała się do powstania sekcji 230 wydarzyła się w 1994 roku. Użytkownik forum dyskusyjnego „Prodigy’s Money Talk” napisał post, w którym twierdził, że zajmująca się bankowością inwestycyjną firma Stratton Oakmont, popełniła przestępstwo związane z publiczną ofertą akcji. Stratton Oakmont pozwało Prodigy o zniesławienie i sprawę wygrało. Zasadne byłoby tutaj pytanie, dlaczego w niemal identycznej sprawie zapadły dwa różne wyroki? Otóż w tym konkretnym przypadku Prodigy aktywnie moderowało zawartość swojego forum. Sędzia uznał więc, że firma celowo zignorowała oszczerczy wpis i uznał ją za współwinną zaistniałej sytuacji. Oznaczało to, że w przyszłości każda internetowa platforma moderująca swoją zawartość będzie mogła zostać pociągnięta do odpowiedzialności za opublikowany na niej wpis. Aby temu zapobiec powstała sekcja 230.

Sekcja 230 jest skonstruowana tak, aby rozróżniać platformę od wydawcy. Gazeta, która prowadzi swoją stronę w internecie, wciąż może zostać pociągnięta do odpowiedzialności, jednak strona z treścią generowaną przez użytkowników już nie. Dotyczy to popularnych serwisów społecznościowych, platform streamingowych, serwisów agregacyjnych, forów dyskusyjnych czy nawet dostawców hostingu. Oczywiście nie zabrania to platformom dokonywania decyzji moderatorskich w przypadku treści obscenicznych czy łamiących prawo. I teoretycznie tworzy to idealną internetową ekosferę – platformy mogą usuwać nielegalne i szokujące treści, jednak nie mogą cenzurować użytkowników pod groźbą utraty przywilejów związanych z ochroną przez sekcję 230. Można by powiedzieć, że jest to kawałek naprawdę dobrej ustawy, gdyby nie jej kolejny zapis.

Prawo „dobrego samarytanina”

Prawo „dobrego samarytanina” zapewnia ochronę prawną osobom, które udzielają komuś pomocy. Polskim odpowiednikiem jest „stan wyższej konieczności”. Wybicie szyby w cudzym aucie to przestępstwo, jeśli jednak wybijamy szybę, celem ratowania osoby lub mienia, jest to stan wyższej konieczności. W przypadku sekcji 230, prawo dobrego samarytanina oznacza, że platformy nie mogą być pociągnięte do odpowiedzialności prawnej, nawet jeśli popełniły decyzje edytorskie. Warunkiem jest działanie w „dobrej wierze”. I właśnie ten zapis stał się furtką do niemal nieograniczonego moderowania treści na stronach. Platforma może wyedytować czy nawet usunąć dowolny wpis, a następnie zasłaniać się „pomyłką algorytmu”, „walką z nienawiścią” lub „ludzkim błędem”. I trzeba przyznać, że  internetowi giganci korzystają z tego zapisu aż miło.

Cenzura

Zamieszanie wokół sekcji 230 jest przyczynkiem do dużo szerszej dyskusji o cenzurze w internecie. Jak to często bywa w przypadku kwestii spornych istnieją zarówno jej zwolennicy, jak i przeciwnicy. Zwolennicy uważają, że platformy robią za mało, aby usuwać z internetu treści ‘niebezpieczne’ lub fake newsy. Podkreślają też, że platformy są firmami prywatnymi, więc mogą robić, co chcą. Z kolei przeciwnicy cenzury twierdzą, że portale społecznościowe nie mogą być jednocześnie platformą i dokonywać edycji publikowanych na nich wpisów, a z internetu powinny znikać jedynie treści łamiące prawo. Dlatego przeciwnicy chcą, aby platformy społecznościowe zostały uregulowane, w podobny sposób jak uregulowane zostały firmy telekomunikacyjne na początku XX wieku. W końcu żaden dostawca sieci komórkowej nie odłączy swojego abonenta, bo operatorowi nie podoba się treść rozmowy, jaką ten przeprowadził.

Przypadków, w których platformy niesłusznie banowały użytkowników jest wiele. Nie wszystkie wynikają ze złej wiary moderatorów. Przykładowo w Polsce w 2015 głośno było o przypadku usunięcia użytkownika z Facebooka przez wpis popełniony na grupie dyskusyjnej skupionej wokół tematyki rowerowej. Treść wpisu wyglądała następująco:

A weź. xD Pedał mi się zepsuł w rowerze”.

Oczywiście trudno tutaj doszukiwać się jakiejś złośliwej zagrywki Facebooka – wygląda to bardziej na przechwycenie przez algorytm słowa uznawanego za homofobiczne. Jednak pojawia się tu zupełnie inna strona tego problemu – co z ludźmi, dla których internet stał się źródłem utrzymania? Co ze sklepami internetowymi, dla których Facebook jest głównym źródłem klientów? Co, jeśli sprzedawca części rowerowych wystawi na sprzedaż pedał? Ktoś może powiedzieć: po pierwsze algorytmy są ciągle udoskonalane i pomyłki tego typu będą coraz rzadsze, a po drugie to użytkownik platformy powinien uważać i nie łamać zasad panujących na danym portalu. Niestety sprawa nie jest taka prosta.

Prawo działa wstecz

Portale internetowe egzekwują swoje zasady wstecz. Jeśli jutro zostanie wprowadzone prawo o zakazie spożywania alkoholu, to nikt nie może nas ukarać za picie piwa tydzień wcześniej, jeśli jednak YouTube dziś zmieni zapisy w regulaminie i uzna, nagrywanie filmików o piciu piwa za łamanie regulaminu, nawet filmy nagrane przez zmianą regulaminu staną się automatycznie ‘nielegalne’. Jak można się domyślić, wywołuje to ogromną frustrację użytkowników portalu. Jeszcze większą wywołują niejasne zapisy regulaminu. Gdy YouTube został zapytany o doprecyzowanie jednego z punktów regulaminu, osoby prowadzące oficjalny profil YT odpowiedziały, że nie mogą tego zrobić, gdyż mogłoby to ułatwić życie ludziom pragnącym obejść regulamin. Wyobraźmy sobie, że zatrzymuje nas policjant za przekroczenie prędkości, jednak na pytanie, jaki limit obowiązuje w tym miejscu, mówi nie może odpowiedzieć, gdyż mogłoby to skłonić innych kierowców do łamania prawa. Takie podejście tworzy dziwną szarą strefę, w której portal zostawia sobie wolną rękę do dowolnej interpretacji własnych zasad i ich wybiórczego egzekwowania.

Niejasne Zasady YouTube
Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?

Dosyć głośną sprawą było usunięcie kanału niejakiego Shirrako. Powodem było nagranie z gry Red Dead Redemption 2. Jest to gra typu western, w której gracz może zostać stróżem prawa lub bandytą. Shirrako nagrał filmik, na którym bije stojącą na mieście sufrażystkę. YouTube zawiesił za to jego kanał. Pojawił się jednak problem – sprawa została nagłośniona przez media, które wytchnęły gigantowi, że na platformie są setki, jeśli nie tysiące podobnych filmików z tej gry. Pobicie kogoś, zastrzelenie czy obrabowanie to część życia rewolwerowca w RDR2. Można znaleźć nagrania napadów na banki, porwań a nawet morderstw, więc dlaczego tylko ten jeden kanał został zawieszony? Pod naporem krytyki YouTube przywrócił usunięte konto, a rzecznik stwierdził, że decyzja była błędem. Teraz pojawia się pytanie: co gdyby sprawa nie została nagłośniona? A takich przypadków codziennie są setki. Inny przykład pochodzi z Polski. W 2017 YouTube usunęło nagranie z serialu Janosik. Powodem były odłonięte piersi ukochanej tytułowego bohatera. Dla amerykańskiego giganta było to równoznaczne z pornografią. Wszystko ok, tylko dlaczego platforma nie nadała nagraniu kategorii „18+” tylko od razu je usunęła? Jest to pytanie bardzo zasadne, biorąc pod uwagę treści, z którymi YouTube nie ma problemu — od instruktażu depilacji okolic intymnych aż po teledyski raperskie niebezpiecznie zbliżające się do poziomu filmu pornograficznego.

Firmy Big Tech kontra prawica

Dochodzimy wreszcie do ostatniego aspektu związanego z sekcją 230, czyli polityki. Nie da się ukryć, że firmy big tech nie lubią poglądów prawicowych. Chociaż niemal codziennie banowane są jakieś osoby związane z prawą stroną sceny politycznej, zarówno Jack Dorsey (Twitter) jak i Mark Zuckerberg (Facebook) podczas zeznań przed kongresem nie byli w stanie dać jednego przykładu zbanowania prominentnej osoby związanej z lewicą. Twitter podobnie jak Facebook swoje zasady egzekwuje wybiórczo i w niektórych przypadkach można odnieść wrażenie, że w doborze treści do usunięcia lub odznaczenia jako wprowadzające w błąd, gigant kieruje się sympatiami politycznymi, a nie sprawiedliwym egzekwowaniem regulaminu. Moderatorzy Twittera nie mieli najmniejszego problemu banować ludzi twierdzących, że Covid-19 pochodzi z chińskiego laboratorium, gdyż zostało to uznane za teorię spiskową, jednak na wpis z oficjalnego konta Chińskiej Republiki Ludowej, twierdzący, że koronawirus jest dziełem amerykańskiej armii, nie zareagowali. Ponownie wracamy tutaj do argumentu, co wolno firmie prywatnej. W temacie polityki wszystko, gdyż poglądy polityczne nie są charakterystyką chronioną. Jednak w praktyce jest to trącanie patykiem śpiącego niedźwiedzia. W USA od niemal zawsze panuje system dwupartyjny i takie postępowanie oznacza zadzieranie z wielkimi siłami politycznymi reprezentującymi połowę wyborców. Włodarze firm big tech od kilku miesięcy regularnie zaszczycają swoją obecnością Senacką Komisję Kongresu, przed którą odpowiadają na wątpliwości dotyczące praktyk moderacyjnych. Wojnę platformom internetowym wydał także prezydent Donald Trump. W maju 2020 Trump podpisał rozkaz prezydencki nakazujący FCC (Federalna Komisja Łączności) przyjrzenie się sprawie sekcji 230. Samo w sobie nie niesie to żadnej negatywnej konsekwencji dla firm big tech, jednak jeśli FCC wyda opinię stwierdzającą, że platformy naruszają przepisy sekcji, może to stanowić rozpoczęcie procedury zmiany prawa. Oznaczałoby to dwie rzeczy: portale będą mogły bez żadnego skrępowania banować dowolne osoby, jednak utracą ochronę prawną przysługującą im z tego powodu. Niektórzy prawnicy sugerują też rozwiązanie pośrednie – portale mogą zachować ochronę związaną z sekcją 230, dopóki nie nie będą naruszały prawa związanego z pierwszą poprawką do konstytucji (o wolności wypowiedzi).

Cały problem z Sekcją 230 sprowadza się do jednego prostego zagadnienia – czy wielkie prywatne koncerny powinny kształtować dyskurs publiczny? A jeśli nie, to kto i w jaki sposób powinien to robić? Na chwilę obecną, dzięki zapisom sekcji 230 portale same decydują o wszystkim, jednak na jak długo? Ciężko odpowiedzieć, gdyż sprawa jest rozwojowa, jednak jedno jest pewne – jeśli dojdzie do zmiany amerykańskiego prawa, wstrząśnie to całym internetem.

A wy co o tym wszystkim uważacie? Czy prywatne koncerny powinny wyznaczać granice wolności słowa?

 

EDIT 9.01.2021: Twitter właśnie zbanował konto wciąż jeszcze urzędującego prezydenta Trumpa. Kilka dni wcześniej podobną decyzję podjął Facebook. Jako powód podano ‘nawoływanie do przemocy’.

Czyżby portale przestały się obawiać konsekwencji naruszenia sekcji 230? Można powiedzieć, że tak. Na początku tygodnia zakończyły się wybory do Senatu. Partia Demokratyczna zapewniła w nich sobie zwycięstwo, co oznacza, że posiada wyłączną kontrolę nad państwem. W praktyce oznacza to, że sekcja 230 jest bezpieczna, gdyż demokraci nie mają najmniejszego zamiaru jej zmieniać.

Źródła:

https://www.firstpost.com/world/after-fact-checking-donald-trump-now-twitter-flags-chinese-spokesmans-claim-that-us-military-brought-coronavirus-to-wuhan-8423301.html

https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,127222,21661995,youtube-usuwa-janosika-za-nagosc-i-tresci-pornograficzne.html

https://www.theverge.com/2018/11/8/18075826/youtube-feminist-suffragette-red-dead-redemption-ban

https://uk.practicallaw.thomsonreuters.com/4-506-7494?transitionType=Default&contextData=(sc.Default)&firstPage=true

Facebook cenzuruje posty. Ban za wpis „pedał mi się zepsuł w rowerze”

https://www.allerin.com/blog/what-is-big-tech-and-why-we-should-care

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *